Do dna

Nie znoszę sytuacji, w których jestem zmuszana do pójścia na jakiś spektakl. Nie zdarza się to często, jednak kilka dni temu zdecydowano za mnie. W Łodzi trwał 35 Festiwal Szkół Teatralnych, ja zaś już dzień po powrocie z Belgii miałam oglądać przedstawienie za przedstawieniem. Nie oglądałam. Jednak nie żałuję, że wybrałam się na jeden z festiwalowych spektakli, gdyż Do dna okazało się być genialne!


Spektakl dyplomowy IV roku Wydziału Aktorskiego PWST im. Ludwika Solskiego w Krakowie udowodnił, że uznanie współczesnej widowni można zyskać dzięki wykorzystaniu ludowej mądrości. Mądrości zawartej w pieśniach i przyśpiewkach, które przez wiele lat spisywał Oskar Kolberg, choć nie tylko on. Twórcy Do dna – Ewa Kaim i Włodzimierz Szturc, przenieśli widzów do świata, którym rządzą dźwięk, rytm i słowo – wyznaczające jak pory roku – cykl życia. Młodzi aktorzy występujący w spektaklu wkroczyli do tego świata pewnie i bez lęku, za nimi zaś podążyła zafascynowana publiczność.
"Do dna" na 35 Festiwalu Szkół Teatralnych w Łodzi
Obsada spektaklu. Fot. Bartek Cieniawa

Spektakl nie miał konkretnej, zwartej fabuły, w której widzowie odnaleźli rozpoczęcie, rozwinięcie i zakończenie. Do dna to epizody, sceny wyjęte z konkretnej epoki i przestrzeni, których siła tkwiła w uniwersalnym charakterze. Piątka artystów występujących w spektaklu wcieliła się w figury, prezentując role społeczne: żonę, matkę, pannę, młodzieńca, przyjaciela, syna, kochanka, męża. Kolejnymi piosenkami i przyśpiewkami opowiadali historie swoich figur, początkowo wydające się nie mieć ze sobą związku, lecz w miarę trwania spektaklu coraz częściej „zazębiające się” i uzupełniające się. Dzięki temu przed oczy widzów przywołany został świat, w którym na decyzje podejmowane przez ludzi nie wpływały chłodne kalkulacje, lecz odczuwane przez nich emocje i pragnienia, a muzyka była czymś więcej, niż tylko źródłem rozrywki.

Weronika Kowalska, Agnieszka Kościelniak, Dominika Guzek oraz
Łukasz Szczepanowski. Fot. Bartek Cieniawa

Dźwięki i brzmienie słów są najważniejszą częścią Do dna. Aktorzy występujący w spektaklu śpiewali zapomniane utwory, które były odpowiedzią ich autorów na sytuacje przynoszone im przez życie. Pieśni opisujące rozterki sercowe, trudy pracy, radości codziennego dnia, czy strach przed śmiercią, nie straciły na znaczeniu. Problemy dręczące ludzi dwieście, trzysta lat temu pozostały takie same, pomimo zmian, jakie w tym czasie zaszły w otaczającym widzów świecie. Twórcy spektaklu skupili się na przekonaniu publiczności, że pieśni towarzyszące ludziom od zawsze nie były odpowiedzią na nudę, czy metodą zapewniania sobie rozrywki. Śpiew przynosił ukojenie, pozwalał w naturalny sposób wyrazić uczucia, prowadził do oczyszczenia. Nie zawsze potrzebne były konkretne słowa, wystarczyło brzmienie głosek oraz melodie grane na instrumentach. Jednak w spektaklu nawet one nie były niezbędne. Aktorzy wygrywali kolejne rytmy na deskach sceny, na elementach scenografii, choć używali również tradycyjnych instrumentów.

Jan Marczewski, Agnieszka Kościelniak, Łukasz Szczepanowski.
Fot. Bartek Cieniawa

Scenografia przygotowana na potrzeby spektaklu ograniczała się do bryły w kolorze rdzy, która wisiała kilkadziesiąt centymetrów nas sceną. Jej kształt przywodził na myśl chatę ze spadzistym dachem, we wnętrzu której panuje półmrok. Na frontowej ścianie znajdowało się wgłębienie przypominające wejście, lecz nie spełniało ono swoich funkcji. Cała instalacja miała tylko „coś” przypominać, jej znaczenie dopełniały wyświetlane projekcje. Przedstawiały one rośliny, spienione fale, wariacje na temat ludowych wzorów. Były współczesną odpowiedzią na folklor. Podobnie jak kostiumy aktorów, zawierające wprawdzie elementy wywodzące się z polskiej tradycji ludowej, jednak bazujące na bluzach i sportowych butach dostępnych w popularnych sklepach, „sieciówkach”. Niby folklor, niby tradycja, lecz wszystko zawierało współczesny rys.

Agnieszka Kościelniak, Weronika Kowalska, Dominika Guzek.
Fot. Bartek Cieniawa

W Do dna wspaniale wypadli aktorzy. Piątka artystów dzięki swojemu talentowi, wspaniałym głosom, skupiała na sobie uwagę widzów. Treść przedstawienia nie umożliwiła im zbudowania konkretnych postaci o wyraźnie zarysowanych psychikach. Nie stanowiło to jednak problemu dla aktorów, którzy obdarzyli pojawiające się na scenie figuryokreślonymi cechami.

Łukasz Szczepanowski, Dominika Guzek, Jan Marczewski.
Fot. Bartek Cieniawa

Do dna był świetnie przygotowanym, brawurowo zagranym i fenomenalnie zaśpiewanym spektaklem. Do tego zawierał w sobie cenne, uniwersalne i nieprzemijalne prawdy. Przyjemność płynąca z oglądania go była dla mnie niespodzianką, gdyż nie sądziłam, że przedstawienie bazujące na ludowych utworach może tak przypaść mi do gustu. Tymczasem historie opowiadane za pomocą tradycyjnych melodii, których rytm zdawał się wywodzić z sił żywiołów i tkwiącej w ludzkim wnętrzu energii, wciągnęły mnie bez reszty. Prawie dwie godziny spędziłam w świecie powołanym do istnienia dzięki ludowym pieśnią, którego forma i zamieszkujący go bohaterowie okazali się być niezwykle podobni do nas, współczesnych ludzi. A może świat jest ciągle taki sam? Może to nie prawdy zawarte w tradycji, w folklorze, przestały się sprawdzać we otaczającej nas rzeczywistości, lecz z własnej woli zdecydowaliśmy się na ich odrzucenie i zapomnienie? Zepchnęliśmy je do samego dna świadomości, gdzie czekały w ciszy. Dzięki spektaklowi Ewy Kaim i Włodzimierza Szturca powróciły, zyskując prawo do głosu. 

Obsada spektaklu. Fot. Bartek Cieniawa

Blog o teatrze – recenzje spektakli, relacje z festiwali teatralnych

2 Replies to “Do dna”

  1. Ojej, akurat to przedawnienie zobaczyłabym z ogromną przyjemnością! Uwielbiam takie powroty do korzeni, grzebanie w tym, co dawno zapomniane i w ogóle cała kulturę słowiańską. Fascynuje mnie ona od dawna. Ciekawe wydaje mi się połączenie dawny czasów ze współczesnością. Naprawdę żałuję, że mnie tam nie było!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *